czwartek, 24 listopada 2011
Pisanie
Postanowiłem to wtedy spisać, taka ciekawa historia. Nigdy wcześniej nie pisałem. Ponoć pradziadek pisał, ale to były inne czasy,a ja dzisiaj, nic nie wiem o pisaniu. Więc jak zacząć? Tak tradycyjnie, w zeszycie, na kolanie, gdzieś pomiędzy tankowaniem a obiadem? W życiu bym się z tego nie rozczytał. Więc może maszyna do pisania? Klasyczna, ale umożliwia późniejszą obróbkę. Tak, będę siadywał co wieczór gdzieś w kącie zajazdu, do którego akurat trafię, rozsiądę się wygodnie. Zamówię mocną, czarną kawę, ustawię przed sobą moją maszynę i paląc papierosy, jak zwykle, jeden za drugim, przerywając tylko by móc wypić łyk kawy, będę wystukiwał kolejne literki, wyrazy, zdania. Ponoć dźwięk maszyny do pisania działa na kobiet jak afrodyzjak. Gdzieś w połowie pisania, zamówię sobie szklankę wódki, dla rozjaśnienia umysłu i opiszę to wszystko, bo ludziom brakuje ciekawych historii, nie opowiadają sobie podań, legend, żyją tylko dniem codziennym i ciągle im czegoś brakuje. Nie wiedzą czego, a brakuje im ciekawych historii.
Chłopiec z Cmentarza
Któregoś dnia, gdy samotnie jadłem późny obiad w jakiejś przydrożnej knajpie na południe od Poznania, przysiadł się do mnie młody chłopak. Po krótkiej wymianie zdań na temat celów podróży zaczął opowiadać mi coraz więcej o sobie.
Wiesz, powiedział, wychowywałem się przy Cmentarzu. Trochę to dziwnie brzmi, nie myśl, że zwariowałem, tak się po prostu zdarzyło. Cmentarz był moim sąsiadem, niemal od urodzenia. Na początku był parkiem, potem placem zabaw, aż w końcu powiernikiem. W okolice Cmentarza sprowadziliśmy się gdy miałem półtora roku, więc z początkowego okresu tej znajomości pamiętam niewiele. Przenieśliśmy się z małego mieszkania na blokowisku, a sąsiedztwo nekropolii nie było uciążliwe. Pierwszy z nią kontakt miałem zapewne podczas spaceru z rodzicami, Cmentarz był niedaleko, a dzięki swej wielkości i ogromowi zieleni świetnie nadawał się na miejsce relaksu. Te spacery, to oswajanie się, to najpewniej sprawiło, że nigdy nie czułem się nieswojo, jak wielu, będąc tam i spacerując pośród grobów. A groby są tam niesamowite. Jest to Cmentarz poniemiecki, przejęty przez nas po drugiej wojnie światowej. Można tam więc spotkać dopracowane w formie groby zasłużonych dla miasta Burmistrza czy architekta miejskiego z początku wieku, jak i nowobogackie koszmarki niezasłużonych dla miasta przyjezdnych cwaniaków.
Kiedy podrosłem, z braku lepszych pomysłów, zacząłem sam zapuszczać się na Cmentarz, czasem spacerowałem alejkami, ale częściej przejeżdżałem go wzdłuż i wszerz rowerem, co może wydawać się nad wyraz dziwne, ale tylko dopóki nie pozna się tego Cmentarza samemu i nie odnajdzie się w nim parku, jakim jest. Groby przestają być wtedy grobami, duchy tysięcy ludzi pochowanych tam przestają straszyć, a stają się czcigodnymi, gościnnymi gospodarzami, natomiast znicze pozwalają odnaleźć bezpieczeństwo nie zmarłym, lecz właśnie nam. Te rowerowe rajdy, często wcale nie w dostojnym tempie, musiały zadziwiać i gorszyć pogrążonych w zadumie gości, nic to jednak nie znaczyło dla chłopca tak dobrze zaznajomionego z Cmentarzem, dla którego ten Cmentarz był placem zabaw, a nie świątynią smutku i zadumy.
piątek, 04 marca 2011
Nowy Adres
Już wkótce nowa strona.
www.cezarysilberman.pl
wtorek, 01 marca 2011
Mercedes z zakrwawioną tapicerką
Dlaczego popełnia się samobójstwo? Nie wiem. Nie wiem czy z żalu, ze strachu, a może to dowód odwagi? Nie moją rzeczą to oceniać. Wiem tylko, że kiedy podejmie się tę decyzję, zaplanuje wszystko, przemyśli (niby) na chłodno, i w końcu zauważy wszechogarniający spokój, kiedy dochodzi do świadomości ten ciąg przyczynowo skutkowy, świat nie jest już taki sam. Świat przestaje być tym, czym był kiedykolwiek wcześniej w momencie, w którym zauważa się, że myśl o śmierci przynosi ukojenie nerwów, spokój, wytchnienie.
Nie wiem dlaczego ona to zrobiła, nie pamiętam, czy coś naprawdę było aż tak złe. Pamiętam za to krople krwi na podłodze. Małe ciemnoczerwone punkciki, nic nieznaczące same w sobie. Doprowadziły mnie do fotela pasażera w moim mercedesie.
Jechałem bocznymi drogami okrążając miasto. Był środek nocy, pustki na ulicach. Z rzadka mijałem pijaczków lub typów spod ciemnej gwiazdy chowających się gdzieś w mroku przed nikłym światłem latarni. Patrzyłem jak reflektory samochodu oświetlają kolejne kilometry asfaltu, paliłem kolejnego papierosa strzepując popiół gdzie popadnie. Obok mnie siedział jej trup. Ziębnące zwłoki z podciętymi żyłami i bezwstydnie otwartymi oczami. Jej głowa opierała się o szybę trochę tak, jak gdyby spała. Do dziś nie wiem czemu to zrobiła, ani czemu ja urządziłem sobie ten chory, nocny rajd. Może czekałem na zbłąkanego kierowcę TIRa, który po kilkunastu godzinach za kółkiem po prostu zasnąłby i wjechał w jedyny samochód szwendający się tej nocy po drogach. Mercedesa z zakrwawioną tapicerką.
sobota, 25 grudnia 2010
25122010

czy gdy życie było prostsze, naprawdę było łatwiej żyć? czy wtedy nie było snów, których nie chcę śnić i czy nie robiłem rzeczy, za które ciągle jest mi wstyd? pejzaż starych dobrych czasów jednak znikł whisky tez paliła w usta, od wódki chciało się rzygać przecież wtedy łzy też były słone, nie było odpowiedzi a tylko setki pytań i tylko wydawało się, że odleglejszy jest koniec.
Obrazek z : http://i2.pinger.pl/pgr459/473f578700086a304c7a9fff
niedziela, 12 grudnia 2010
Pitupitu

Pamiętam taki czas, kiedy wszystko było poukładane. Niby na swoim miejscu. Miałem wtedy straszny problem z poskładaniem myśli. Próbowałem nawet, zmuszałem się, żeby napisać parę słów, zdanie. Coś miałoby jakikolwiek związek z czymkolwiek. Coś co posuwałoby naprzód którykolwiek spekt życia. Nic z tego nie wychodziło.
Próbowalem czytać, wpadł mi wtedy w ręce Faulkner. Zresztą nie wiem czemu taki ceniony, z tymi swoimi wielolinijkowymi zdaniami.
Czytanie jakoś niewiele chciało z siebie dać, nie inspirowało. Mój umysł nie dyskutował już z postaciami, z autorem. Wszystko co udawało mi się z niego wyrkzesać to irytacja ich płytkością, brakiem rozsądku. Cały świat stał się nagle jakiś zabójczo trywialny. Prostota zasad jakimi się rządzi odbierała jakąkolwiek frajdę ze zmagania się z przeciwnościami losu, które przecież żadnymi przeciwnościami już nie były. Stawały się jedynie drobnymi sprawunkami do załatwienia. Nic nie było wyzwaniem wystarczająco kuszącym i ambitnym aby się nim zajmować. Jak na złość, świat stał się zbyt prosty.
wtorek, 20 kwietnia 2010
Spotkałem Brassensa

Spotkałem Brassensa, siedział, a właściwie spływał po kawiarnianym stoliku. W towarzsytwie butelki wódki i paczki Gauloisów zdawał się wsłuchiwać w słowa szeptane przez poplamiony obrus. A pod szklanką wódki leżała kartka, z takim oto tekstem:
Chce mi się chlać, i palić i gzić
Tylko nie chce mi się żyć
Chce mi się ruchać, dymu potrzebuję
Pić tylko chcę, mam wszystko w dupie.
Butelkę kobiecych piersi, paczkę cip
Pieprzyć, polewać wódką i strzepywać popiół.
Wdycham dym z jej warg, spijam soki z ud
Będę chlał, rozwiązłość czcił
Aż postradam rozum
Z jedną z prostytut.
sobota, 09 stycznia 2010
Piękny Akleon

Szosa wiła się pośród lasów Pomorza. Powietrze wlatujące przez otwarte okno smagało twarz. Pusta droga, samochód, wygodne buty, jeansy i koszula z podwiniętymi rękawami. Tak lubiłem jeździć. Bez okularów. Lubiłem mrużyć oczy gdy słońce świeciło mi w twarz, lubiłem czuć świat. I dźwięki, powietrza przecinanego karoserią mercedesa, pomrukiwanie silnika kiedy pedał gazu uginał się pod moją stopą. Jeszcze tylko zapach. Wyjąłem paczkę z kieszeni koszuli. Tak, lubiłem czuć papierosa między wargami, dotykać filtr końcem języka. Wcisnąłem zapalniczkę, tę pod radiem, i czekałem. Jeszcze chwila, moment, zmysły będą spełnione. Brak odpowiedzi ze strony zapalniczki samochodowej przerwał mój błogostan i zmusił do ostrożnego, choć nerwowego przeszukiwania kieszeni spodni. Niestety zapalniczki nie odnaleziono. Zapałek też. I nie znalazłem nic ani w spodniach, ani w kieszeniach drzwi, ani w schowku. Jak łatwo zepsuć dzień poczciwemu żydowskiemu nikotyniście. Może radio, tak radio umila przecież podróż. Przekręciłem gałkę, by dzięki mojej ulubionej stacji jazzowej, wtulić się w słodkie dźwięki saksofonu. Nie działa. Zapalniczka nie działa, radio nie działa… tak oto złośliwość rzeczy martwych doprowadziła mnie do stanu, w którym gotów byłem gryźć kierownicę.
Mama mówiła zawsze „Czaruś, jak się denerwujesz, to policz do dziesięciu” Czaruś… Czaruś pamięta noce kiedy to nie wystarczało. I kiedy miałem lat piętnaście, i potem, jako osiemnasto czy dwudziestolatek, pamiętam takie noce, kiedy poznawałem na nowo strach. Śmieszne dziś problemy przerastały wszelkie moje wyobrażenie, tak potwornie bałem się, że sobie nie poradzę. I jeszcze bardziej bałem się, że skończę z tym raz, krótko, bezdźwięcznie. Nie skończyłem, i chociaż ciągle czasem się boję, to wiem, że odwagą nie jest brak strachu. Odwagą jest działanie mimo niego.
Na poboczu spostrzegłem dziewczynę. Szczupła szatynka w fioletowej sukience. Stałą z wielka brązową walizką i machała abym się zatrzymał. Zbliżałem się powoli, by ocenić wartość potencjalnej pasażerki. Zatrzymałem się przed nią, opuściłem szybę. Nachyliła się ukazując idealny dekolt letniej sukienki. Trochę nie pasowała do koloru jej oczu, ale takie rzeczy się wybacza. Jej śliczne włosy wspaniale komponowały się z tapicerką mojego auta. Dokąd pan jedzie? - spytała swym uroczym dziewczęcym, lekko zachrypniętym głosem. Masz ogień? – nie powinienem pytaniem na pytanie, ale wciąż oceniałem jej przydatność. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem swoimi wielkimi oczami, lekko rozchyliła usta nie wiedząc co powiedzieć. Eee, tak mam. – odparła w końcu. No to wsiadaj. W końcu nieważne było dokąd jadę, sam tego nie wiedziałem, a ona miała ogień i mogła nadać jakiś kierunek tej podróży.
niedziela, 13 grudnia 2009
1969

Urodziłem się w roku, w którym kardynał Karol Wojtyła dokonał aktu koronacji cudownego obrazu Matki Boskiej Myślenickiej, odbył się pierwszy lot prototypu Concorde i wyszedł pierwszy album Led Zeppelin. W tym roku zmarł Gombrowicz. Świat poznawałem z nietypowej perspektywy, z dziwnego miasta. Jako Żyd wychowywałem się w Szczecinie. Nie zawsze łatwo było być Żydem w tym kraju, ale w tym mieście było chyba najłatwiej. Dzieciństwo było dobre. Mama zawsze mówiła do mnie Czaruś, nawet teraz. Do dziś pamiętam jak z okna naszego mieszkania przy Jagiellońskiej krzyczała ‘Czaruś, chodź na obiad!’ Pamiętam jak spytała ‘Czaruś, co Ci się stało?’ kiedy, mając chyba piętnaście lat wróciłem do domu po pierwszej poważnej bójce. I mimo, że dziś nie cierpię gdy ktoś mówi do mnie ‘Czaruś’ to ona może, ona jedyna. Do niej jednej nie mówię z wyrzutem ‘Tylko nie mów do mnie Czaruś’.
Obrazek z: http://fc00.deviantart.net/fs16/i/2007/139/3/3/szczecin_by_kulkagranulka.jpg
środa, 02 grudnia 2009
***

Chuj z tym co działo się w nocy. Rano obudziłem się z kacem pod tytułem obraz wisi za głośno. Gdy po dłuższym zastanowieniu udało mi się poskładać minioną noc we w miarę spójną całość z łazienki wyszła ona. Ubrana w czarne dżinsy i białą bluzkę, z lekceważącym spojrzeniem oznajmiła, że pokój jest opłacony do wieczora i wyszła.
Obudziłem się potwornie głodny. Onej nie było już kilka godzin a mimo to, czułem w pokoju jej zapach. Rozejrzałem się po pokoju. Każdy ruch sprawiał mi problem, a pokój nie wydawał się już tak romantycznym miejscem jak jeszcze dwanaście godzin temu. Założyłem na siebie leżący na krześle szlafrok w kratę. Podszedłem do okna. Skrzypnęło przeraźliwie jak gdyby upewniając mnie o tym, że je otwieram. Odwróciłem się by sięgnąć po leżącą na stole paczkę papierosów. Odszukałem zapałki i z uśmiechem na ustach stanąłem w oknie. Niestety widok ostatniego w paczce papierosa skutecznie popsuł mi humor. Trzy minuty później obserwowałem niedopałek lecący gdzieś w stronę parkingu. Ubrałem się i zszedłem na dół, do restauracji. Zająłem miejsce na hokerze pryz barze. Kawa, dwie paczki Cameli i porozumiewawcze spojrzenie barmana. Piękny poranek w drodze donikąd.
Wyszedłem z zajazdu około osiemnastej z termosem kawy i dwiema, w sumie już niecałymi, paczkami papierosów. Mercedes wesoło zamrugał światłami na mój widok. Cieszyłem się na myśl o dalszej podróży. Tylko dokąd?
|
|